Nawigacja

Z Andrzejewa do nieba

Artykuł pochodzi z Tygodnika Ostrołęckiego, nr 25 z 1990 roku. Autor: Zbigniew Czaplicki.
Zachowano oryginalną pisownię.


Wiele jest dróg do nieba. Jedna z nich na pewno prowadzi z Andrzejewa. To droga Stefana Wyszyńskiego, syna miejscowego organisty. Wyznawcy zasady: "Tutus sotuus soli Deo per Matiam". Wszystko Bogu przez Marię, Prosta droga, ale trudna, droga krzyżowa.

Stefan Wyszyński urodził się w pierwszym roku XX wieku w Zuzeli. Zuzela była, tak jak i dziś, parafią w dekanacie czyżewskim diecezji łomżyńskiej. Stefan jako dziecko organisty od najmłodszych lat miał kontakt z Bogiem poprzez drewniany, prawie 200-letni, kościółek w Zuzeli, obok którego mieszkała rodzina organisty. Tam też zaczął chodzić do szkoły. Były to pierwsze, beztroskie, dziecięce lata przyszłego Kardynała, Prymasa Polski.
W kwietniu 1910 roku Wyszyńscy przeprowadzili się do Andrzejewa. We wrześniu Stefan zaczyna chodzić do miejscowej 3-klasowej szkoły carskiej, spalonej tak jak całe Andrzejewo, w czasie I wojny światowej. 6 października urodziła się najmłodsza córka Wyszyńskich - Zosia. I wówczas nastąpił dramat.

Stacja pierwsza. Śmierć matki.

Ostatniego października 1910 roku Julianna z Karpiów Wyszyńska opuszcza ten świat. W wigilię święta zmarłych zostawia czworo dzieci, w tym trzytygodniową Zosię, która umiera tydzień później. Rodzina przeżywa wstrząs, 9-letni Stefan spędza całą noc w kościele. Zdaniem księdza kanonika, doktora Jana Tyszki, być może wówczas otrzymuje powołanie kapłańskie, a Matkę Bożą wybiera za swoja matkę.
Śmierć bliskiej osoby jest silnym przeżyciem dla każdego. A szczególnie chyba dla dziecka w wieku szkolnym, które ma rozbudowaną wyobraźnię, które z każdym dniem się rozwija i coraz bardziej wkracza w świadome życie. I nagle traci przewodniczkę życia - matkę. Stefan nie chciał być sierotą. Zapewne śmierć młodej, 33-letniej kobiety swojego życia - matki, odczuł boleśnie. Jako niesłuszne, niesprawiedliwe cierpienie, jako niezawinioną karę. I trudno mu było się z tym pogodzić. Jakaż szalona, dramatyczna walka musiała się rozegrać w duszy tego chłopca w tamte dni, tamtej nocy spędzonej w kościele? Ileż trzeba było siły, by się nie załamać, ba, by wyjść stamtąd wzmocnionym?

Stacja druga. Przyjaciele pomagają Wyszyńskim.

W rok później ojciec żeni się po raz drugi z przyjaciółką zmarłej żony Eugenią Padlewską. Stefan rzuca się w wir nauki szkolnej. W szkole poznaje Jana Tyszkę ze wsi Pieńki Żaki, młodszego o dwa lata, z którym później będą się przyjaźnić przez całe lata.
W szkole wszystkie dzieci uczą się razem. A jest ich około 30-40. Nauka trwa od rana do wieczora. Codziennie oprócz modlitwy nauczyciel Arasimowicz każe im śpiewać „Boże cara chrani”. Na szczęście, często zdarzają się tzw. galówki, czyli dni wolne od nauki ze względu na święta cara, albo kogoś z jego licznej rodziny. Każde dziecko dostaje wówczas cukierka i może iść do domu.
Stefan Wyszyński, który jest już po I Komunii św., coraz częściej służy do mszy ks. Józefowi Dmochowskiemu. Chce wyrobić sobie u niego lepszą opinię, bowiem podpadł mu wcześniej w taki oto sposób. Jako syn organisty często kręcił się na chórze i pewnego razu w czasie zbierania tacy przez proboszcza zaczął rzucać z chóru grochem. Ksiądz ściągnął go na dół za ucho i stwierdził, że z tego Wyszyniaka to chyba nic nie wyrośnie. Bardzo to zabolało ambitnego chłopca. Na przekór - coś wyrosło.

Stacja trzecia. Wyjazd do Warszawy.

Kiedy Stefan ukończył edukację w Andrzejewie, ojciec postanowił go kształcić dalej. Wysłał syna do prywatnej szkoły Górskiego w Warszawie gdzie przebywał dwa lata. Bardzo to mu się przydało w późniejszych latach, kiedy mógł się pochwalić kolegom, jaki to z niego warszawiak. Wkrótce wybuchła wojna. Ona skończyła okres warszawski. W 1915 roku Andrzejewo zajęli Niemcy. Rosjanie zaś wypędzali ludzi do Rosji strasząc, że Niemcy wszystkich wymordują. Wyszyńscy jednak zostali. Wiele rodzin jednak uciekło na wschód. Rodzina Tyszków z Żaków również. Ociągali się jednak, nie podobała im się ta ucieczka. I wkrótce front ich dopadł. Niemcy kazali im wracać.

Stacja czwarta. Wojna.

Stefan musiał widzieć, jak odchodzący Rosjanie palili Andrzejewo. Nawet zboże w dziesiątkach i na łanach, w stodołach. Tymczasem Niemcy nie okazali się takimi mordercami, jak ich prezentowali Rosjanie. Pozwalali nawet młodzieży się uczyć. W rodzinie Wyszyńskich, a także Tyszków, zapadły decyzje o wysłaniu synów Stefana i Jana do Łomży. Tam zamieszkali razem na stancji.

Stacja piąta. Narodziny przyjaźni.

Chłopcy z dala od domu musieli sobie nawzajem pomagać. Wspólnie znosić szkolne trudy, wspólnie cieszyć się radościami i smucić kłopotami. Na szczęście obaj byli zdolni i pracowici, wiec nauka szła bez większych problemów. Stefan coraz bardziej świadomie mówił o kapłaństwie. Wreszcie po dwóch latach zdecydował się na wyjazd do szkoły prowadzonej przez księży we Włocławku. Nim jednak do tego doszło, w domu, gdzie była stancja chłopców, zatrzymało się 3 oficerów legionów Piłsudskiego. Codziennie rano uprawiali 10-15 minut gimnastyki. Stefan i Janek ćwiczyli z nimi, co uważali za wielki zaszczyt. Później, kiedy Piłsudski znalazł się w więzieniu w Magdeburgu, młodzi uczniowie: Wyszyński i Tyszka wysłali mu życzenia imieninowe. Robili to wówczas masowo wszyscy łomżynianie, więc przez pocztę przewijało się dziesiątki worów listów. Wkrótce Stefan i Janek rozstali się. Wyszyński poszedł do Włocławka, gdzie po maturze zaczął studia w seminarium duchownym. Tyszka został w Łomży, gdzie doczekał rozbrajania Niemców i wolności, a potem poszedł w ślady Stefana i zaczął studia w seminarium duchownym w Łomży.

Stacja szósta. Młodzi kapłani.

Lata seminaryjne zleciały niczym z bicza strzelił. Wyszyński został wyświęcony 1924 roku. Jako jedyny z rocznika w innym terminie niż pozostali. Powód był prosty - choroba nie pozwoliła przystąpić do święceń razem z innymi. 8 sierpnia 1926 roku swą mszę prymicyjną odprawił ksiądz Jan. Ksiądz Stefan wygłosił na niej okolicznościowe kazanie jako student Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Tam, w 1925 roku, wysłał go biskup, by poznawał prawo kanoniczne. Wyszyńskiemu było tego mało. Postanowił jednocześnie uczyć się na wydziałach prawa cywilnego i nauk społeczno-ekonomicznych. W rok później jego śladem podążył ksiądz Jan Tyszka.
Na KUL-u przebywali razem 3 lata. Mieszkali w jednym konwikcie. Byli więc tam najbliżej siebie w sensie dosłownym i w sensie duchowym. Wyszyński znajdował czas na wszystko. Działał w stowarzyszeniu katolickim „Odrodzenie” i w studenckiej „Bratniej pomocy”. Jeździł z kazaniami po całej diecezji lubelskiej i szybko zasłynął jako doskonały kaznodzieja. Zajęć mu więc nie brakowało.
Tyszka studiował początkowo tak samo jak Wyszyński. Wkrótce jednak stwierdził, że prawo cywilne i nauki społeczno-ekonomiczne mu się nie przydadzą. Tymczasem Stefanowi Wyszyńskiemu przydały się bardzo. Obaj poznali dogłębnie np. „Kapitał” Marksa. Znajomością marksizmu mogli więc zadziwić niejednego przywódcę partyjnego i marksistowskiego teoretyka. Kanonik Tyszka wspomina okres lubelski jako lata pracowite, ale również najmilsze i najlepsze.

Stacja siódma. Wędrówki po świecie.

Stefan Wyszyński został wysłany za granicę, by poznał metody działania Akcji Katolickiej, po to, by jej doświadczenia wykorzystać na polskim gruncie. Po roku wrócił do kraju. Tak wtedy jak i później, ciągle przyjeżdżał do Andrzejewa to 2-3 razy do roku. Przeważnie odwiedzał grób matki i kontaktował się z Tyszką oraz miejscowymi siostrami - terciankami. Na jego kazaniach w Andrzejewie zbierało się zawsze mnóstwo ludzi.
- Zawsze bowiem pięknie przemawiał - twierdzi kanonik Tyszka.

Stacja ósma. Chrześcijańskie związki zawodowe.

W przedwojennych działaniach i myślach Wyszyńskiego można było już odnaleźć jakby zaczątki ruchu "Solidarność". Idee wzajemnej, braterskiej pomocy, braterstwa, solidaryzmu łatwo było wyznać, łatwo było o tym nawet mówić, ale trudniej wprowadzić w życie. Zwłaszcza w latach wojny i tuż po wojnie. Wówczas mówiło się o walce klas a nie o solidarności. Ale początki są zawsze trudne.

Stacja dziewiąta. Wyniesiony na stolec biskupi.

Stefan Wyszyński zostaje biskupem lubelskim. Jest na tym terenie dobrze znany i bardzo popularny, zwłaszcza jako kaznodzieja. Pochodzi z takich stron, gdzie każdy drobny szlachcic był niespożytym gawędziarzem. Sypał przypowieściami, fraszkami, anegdotami i gawędami jak z rękawa. Osłuchany, inteligentny człowiek mógł je wykorzystywać w każdej potrzebie, zwłaszcza w dawaniu przykładów etycznych. Jego piękne kazania, ale także publikacje, sprawiały, że szybko stawał się znany wśród dostojników Kościoła. Ks. Tyszka twierdzi, że gdy zmarł prymas Hlond, kandydatura biskupa lubelskiego wręcz nasuwała się samoistnie. Jakoż i tak się stało.

Stacja dziesiąta. Uwięziony.

Jako prymas Polski był bardzo surowy i bardzo krytyczny wobec polityki ówczesnych władz. Jego krytyka w latach 50-tych musiała się nasilić, bo i antynarodowa, i antykościelna polityka stalinowska się wzmagała. Jego kazania powodowały wściekłość władz, które wreszcie, nie mogąc go "spławić" za granicę, postanowiły uciszyć przez zamknięcie w więzieniu.

Stacja jedenasta. Męczennik.

Tymczasem, mimo niezbyt dobrego zdrowia, zniósł nadzwyczaj dobrze, zarówno niewygody fizyczne, jak i odosobnienie. Stał się wręcz męczennikiem. Zaczął tworzyć się mit, legenda Prymasa zataczała coraz szersze kręgi. Władze osiągneły skutek odwrotny do zamierzonego.

Stacja dwunasta. Praca z narodem.

Mówi ks. Jan Tyszka: - Zbliżające się tysiąclecie państwa polskiego Prymas postanowił wykorzystać dla odnowy życia religijnego. Szczególną rolę spełniały w nich pielgrzymki do Częstochowy, które przez wiele lat napotykały na utrudnienia władz. Te trudności sprawiały, że Polacy bardziej angażowali się po stronie Kościoła niż nieakceptowanej władzy, że wreszcie co kilka lat wybuchały na nowo ogniska niezadowolenia i buntu. Prymas jednak nawoływał cały czas do spokoju, do pracy do powolnych przemian, bez gwałtów i przemocy. Jego dzieło zwieńczył wybór Polaka na Papieża.

Stacja trzynasta. Karol Wojtyła, jako Jan Paweł II, w ojczyźnie.

Ogromne tłumy wiernych na drodze pielgrzymki Papieża po Polsce. To było niczym zdjęcie z krzyża. Jakby praktyczne zakończenie drogi krzyżowej Stefana Wyszyńskiego. Teraz już widział efekty swojej pracy. Widział przemianę w narodzie. Zobaczył jak wielkiego zyskał on duchowego przewodnika.

Stacja czternasta. Złożony w grobie.

Stefan Wyszyński zmarł 27 maja 1981 roku. Jego pogrzeb był wielką manifestacją. Ksiądz kanonik Jan Tyszka był wśród żegnających go na drodze z Placu Zwycięstwa w Warszawie do Katedry. Dwa tygodnie przed śmiercią dotknęła Prymasa bolesna wiadomość o zamachu na Papieża-Polaka. Papież jednak przeżył. Prymas zmarł.

* * *

W Andrzejewie jest wiele śladów pobytu Stefana Wyszyńskiego. Późnogotycki, trójnawowy kościół niewiele zmienił się od czasów jego dzieciństwa. W kaplicy św. Anny portret Prymasa. Epitafium poświęcone przyjęciu przez niego w tym kościele I Komunii św. oraz sakramentu bierzmowania. Na cmentarz prowadzi aleja im. Stefana Wyszyńskiego. Na cmentarzu grób matki na honorowym miejscu w centrum cmentarza, blisko grobowca rodzinnego państwa Rostkowskich, dziedziców pobliskiego Mianowa. A także bliski zmarłych proboszczów parafii Andrzejewo. W kościele są jeszcze zabytkowe konfesjonały, u których klękał Stefan Wyszyński jako dziecko i jako młodzieniec.
Dziś o pamiątki po Prymasie Tysiąclecia troszczy się proboszcz Józef Mierzejewski, rodem z Kaczyn Starych w parafii Rzekuń. Natomiast chodzącą encyklopedią wiedzy o Stefanie Wyszyńskim jest kanonik doktor Jan Tyszka, ostatni z najbliższych kolegów z lat dziecięcych spędzonych w Andrzejewie (ks. Tyszka zmarł po napisaniu tego artykułu, pochowany na cmentarzu w Andrzejewie - przyp. Andrzejewo.info). Ksiądz Tyszka mimo bez mała 90 lat, jest ciągle w doskonałej formie. Nie widać po nim upływu lat. Ciągle jest aktywny. Wędruje bez przerwy do Ostrowi, do Zambrowa i innych parafii. Jest znakomitym gawędziarzem. Mówi prosto, jasno i zrozumiale. Nie lubi półprawd i niedomówień. Mimo pewnej surowości jest człowiekiem dobrodusznym.
Ksiądz Tyszka jest ostatnim żywym wspomnieniem o dzieciństwie Stefana Wyszyńskiego. Inni koledzy już nie żyją. W Zuzeli, oprócz odrestaurowanej szkoły, w której zaczynał naukę, niema żadnego śladu pobytu Wyszyńskiego. Może tylko epitafium ufundowane przez rodzinę Uszyńskich. Ale rodziny Uszyńskich też już tam nie ma. Ślady materialnej obecności rodziny Wyszyńskich odeszły w przeszłość. Pozostały tylko wspomnienia.